wtorek, sierpnia 13, 2013

Koniec zimy 2013 - sierpień...

____________________________________________

Przestałam ręcznie pisać listy...
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz napisałam list długopisem, wsadziłam go w kopertę, nakleiłam znaczek i wrzuciłam do skrzynki...
Pewnie było to kilkanaście lat temu. Teraz piszę tylko emaile...
Krótkie najczęściej, a z pewnościa niedorównywujące długością listom jakie się kiedyś pisywało i nie ja jedna przestałam pisać listy na papierze.
Z jednej strony to dobrze, bo oszczędzamy życie drzew, a z drugiej źle, bo przecież wielu starszych ludzi nie potrafi korzystać z komputerów.
Ale nic na to nie poradzę... straciłam z wieloma znajomymi kontakt, mimo to do pisania i wysyłania! listu pocztą już się nie przemogę. 
Życie obecnie jest za szybkie i nie ma czasu na czekanie tygodniami na odpowiedzi oraz na pisanie epistoł.


Denerwują mnie też sterty papierów z notatkami, likwiduję nawet moje stare - pisane w zeszytach raptularze, wybierając niektóre wspomnienia.
Dziś właśnie takie notatki z młodości...
_____________________________________________

Jak oglądam fotografie chłopaków, w których kiedyś byłam zakochana, to myślę, że dziś, na wielu z nich nie zwróciłabym najmniejszej uwagi.
Plejadanie dopiero w wieku 60 lat zawierają małżeństwa. Do sześćdziesięciu lat trwa ich dzieciństwo i okres dojrzewania. A podobno pochodzimy od Plejadan?, przecież Adam i Ewa żyli jak oni obecnie - 900 lat. 
Jednak na Ziemi coś stało się z rasą ludzką, że zaczęła starzeć się w szybkim tempie i ludzie zaczęli umierać, jak nie zdążyli jeszcze pojąć niczego...
Mnie gust ukształtował się na stare lata (wg. plejadańskich genów prawidłowo, więc pewnie jestem Plejadanką... J)
Zawsze wybierałam innych, ale dziś szukam w twarzy siły, płomienia, głębi uczuć, ekspresji. Żadne tam niebieskie, czy jakieś inne jasne oczy, łagodne rysy, cielęcy wyraz twarzy, blond włosy.
Już nie szukam facetów, bo mnie ani ziębią, ani grzeją, ale na następne życie wybiorę kogoś właśnie wg. tego wzorca, ukształtowanego w latach obecnych - czyli latach dojrzałości psychicznej. 
______________________________________

Hiszpański aktor Rafael Castejon, zagrał w argentyńskim filmie El Aura (reżysera polskiego  pochodzenia - Fabjana  Bielinskiego) niemy epizod. Początkującego przestępcę - czy też desperata, chcącego w kilka chwil odmienić swoje życie, postrzelonego w czasie akcji i umierającego pod murem.

W czasie kilku minut pokazał wyrazem twarzy wszystko. Żal, że mu nie wyszło, rozpacz, że umiera, ból fizyczny i psychiczny. Był sto razy lepszy w tym epizodzie od odtwórcy głównej roli. 
Poszukałam na necie i co? I nic! Zagrał jeszcze kilka epizodów, w ostatnich latach kilka większych rólek filmowych, a stale gra w teatrze w Madrycie.
Według mnie to życiowa pomyłka. Człowiek, który wyrazem twarzy, oczami potrafi przekazać tak wiele, jest aktorem filmowym, nie teatralnym, gdzie gra się głosem i sylwetką. 
Szkoda, że wiele prawdziwych talentów nie osiąga sławy. Jakoś tak w życiu wychodzi, nie mam pojęcia dlaczego.
W czasie kręcenia tego filmu Rafa Castejon miał 35 lat, teraz jest po czterdziestce, gładko ogolony, z obciętymi włosami wyglada inaczej, ale oczy ma te same. Czarne, płonące - brzmi to być może banalnie, ale najlepiej wyraża ich ekspresję. 
To człowiek, który głęboko przeżywa każde uczucie. 
I tak ma być! Taki powinien być mężczyzna.
_____________________________________________

„Zmierzch... Godzina marzeń, godzina rzeczy nierealnych. Kontury najpierw się wyolbrzymiają, a potem rozpływają się i giną... 
Coś jest obok, coś ważnego, ale nie można tego objąć żadnym zmysłem. Denerwująca obecność czegoś nierozpoznawalnego. Może w tym jest zagadka dla każdego człowieka.”
Nie mam pojęcia czyje to, może nawet moje. Miałam okropny zwyczaj niepodpisywania nazwiska autora.
Zapisałam to w moje imieniny 71 roku (18 czerwca). Dziś imienin nie obchodzę...

______________________________________________

Zdanie, które stało się kiedy moim życiowym mottem:
Na wrotach Kartaginy jest wyryte: „Żeglować jest rzeczą konieczną, żyć nie jest konieczną.” Napisałam nawet o tym krótki wiersz...


(Obraz Wiesława Wilka - przecudowny!, ze strony na facebooku)
A w ogóle, jakoś zaniedbałam w ostatnich latach wiersze. Napisałam ich kilkaset i nagle przestałam pisać całkowicie. (Najgorsze, ze nie mogę się zebrać, żeby je złożyć i wydać. Istnieją tylko w internecie. Choć przyznam mają tysiące czytelników, np. „Przyszła jesień” bije rekordy popularności, dołączyli ją nawet do śpiewanej poezji polskiej...)
Tak jak w 2006 nagle przestałam grać i od tego czasu nie tknęłam keybordów ani żadnych innych klawiszy. Najgorsze, że wcale nie odczuwam chęci powrotu do tych czynności, które kiedyś wypełniały mi życie. 
Może na tym polega moje żeglowanie? Wciąż inne porty i inne życia, inni ludzie? 
Jak długo jeszcze?...
_________________________________________


Z Księgi Herbaty - Okakury Kakuzo (napisana w języku angielskim, specjalnie dla europejczyków w 1906 roku)
„Od chwili urodzenia człowiek - pan życia, wstępuje w państwo snów, aby się obudzić do rzeczywistości dopiero w chwili śmierci. Ściemnia on własny blask, by móc tym łatwiej pogrążyć się w sferach najciemniejszych. Jest wahającym się jak ktoś, kto przechodzi przez rzekę zimą; niezdecydowany jak ktoś, kto ma obawę przed sąsiadem; pełen czci jak ten, który przybywa w gościnę; drżący jak szkło, które ma się stopić za chwilę; prosty jak kawałek drewna, z którego jeszcze nie powstała rzeźba; pusty jak dolina; bezkształtny jak woda zmęczona.”


Jak już jestem przy herbacie, to wspomnę że kiedyś upijałam się herbatą Yunnan. Trudno ją było w sklepach upolować! Dobrze zaparzona, mocna, miała niepowtarzalny cierpki smak. Ze znajomymi - siedząc przy takiej herbacie często całą noc - wypijało się, parząc wciąż na nowo, pełną paczkę.
To był jedyny narkotyk, którego w życiu spróbowałam.
Ta herbata pobudzała wyobraźnię i wzmacniała myślenie - przenosiła więc w ten właściwy wymiar - ale rano (rzeczywistość!...) miało się po niej kaca, jak po alkoholu.
Podobie jak po wypaleniu przez noc paczki papierosów... Trzęsionka!
Na szczęście z papierosami szybko skończyłam. A z herbaty przerzuciłam się na poranną kawę...
Jeszcze kilkanaście lat temu znalazłam w Australii herbatę Yunnan w supermarkecie, teraz wypatruję jej na półkach, ale wszędzie tylko leżą zielone, albo inne ale przyprawione nieherbacianymi smakami... Szkoda.
_____________________________________________

W jednej z audycji radiowych Czerwonych Gitar, które nagrywał Sławomir Pietrzykowski, Krzysztof Klenczon powiedział: „piosenki biorą się z przeżycia...” Mam tą audycję. Inne zresztą też...
______________________________________________

W mojej szkole muzycznej była wspaniała dziewczyna, ogólnie lubiana przez wszystkich, miała nietypowe imię Maryta. 
Spotykałam ją często w holu, który był wielką, wysoką salą, typową dla muranowskiego budownictwa - bo szkoła muzyczna II stopnia im Józefa Elsnera mieściła się na Świętojerskiej, w koszmarnym socrealistycznym budynku, ozdobionym arkadami, czy też kolumnami...
Budynek paskudny, ale szkołę lubiłam, choć żałowałam, że przeprowadziła się tu z ul. Profesorskiej - niedaleko Łazienek (Agrykola?). Tam było cudownie, stary, stylowy domek w ogrodach, ale za to było cholernie ciasno, wszystko w miniaturze. Pierwszy rok jeszcze chodziłam na Profesorską, potem już na Muranów.
Hol był wielki, własciwie była to sala, stało o w nim pianino, gdzie przyszli znani muzycy grali jazz i rocka (nigdy nie klasykę!), a na środku stał ogromny stół, przy którym czekaliśmy na zajęcia odbywające się w najróżniejszych porach.
Pani Woźna (specjalnie piszę dużą literą, bo to była bardzo ważna osoba!) sprzedawała nam z niewielką marżą ciastka tortowe oraz robiła herbatę, czy kawę. To pomagało znieść czekanie. Niektórzy czytali gazety, inni uczyli się teorii, a inni gadali jak to w kawiarni...
Maryta potrafiła rozszyfrować człowieka z charakteru pisma. Poprosiłam ją więc o trzy rozszyfrowania. Miała bardzo dokładną wiedzę na ten temat.
Oprócz tego była śliczną dziewczyną i podobno śmiertelnie chorą. Nie wiem czy jeszcze żyje, jeśli zmarła, zapewne została Aniołem...
_________________________________________

Oto jak rozszyfrowała mój charakter, chyba wypadłam bardzo dobrze...
„Pogodny, dobry, łagodny charakter. Wszechstronność. Indywidualizm. Bardzo duża fantazja. Kompleksy. Autoświadomość. Zdecydowanie. Zdolności artystyczne i twórcze. Odwaga i rozwaga. Wie, czego chce. Nie jest zakłamana. Niecierpliwość. Upór. Bogate życie wewnętrzne. Łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi. Pozorny optymizm. Szybkość myślenia. Intuicja. Uleganie nastrojom. Ambicje nieprzesadne. Towarzyskość. Skłonność do altruizmu. Zamiłowania humanistyczne.”
Prawdopodobnie takie właśnie mam cechy, choć jeszcze inne ...wady, ale tych Maryta nie wyczytała, bo może mnie lubiła? Byłam przy tym paraliżująco nieśmiała, co przeważnie odczytywano jako dumę.
Towarzyskość jakoś mi z wiekiem przeszła, wolę być sama, a szybkość myślenia czasem mnie irytuje, bo nie chce mi się tłumaczyć rozmówcom, tego co wcześniej od nich pojęłam, więc denerwuję się ich powolnością, często nie znajdując właściwych słów...


______________________________________________

A tak rozszyfrowała Krzysztofa Klenczona: „Delikatność w stosunku do ludzi. Nie despotyzm, choć duża umiejętność przeprowadzenia własnego zdania, narzucenie swojej woli. Zdolności twórcze. Trochę snobizmu. Czasem dba o swój wygląd. Oryginalność i śmiałość myślenia. Łagodność. Dobroć. Upór. Duże ambicje. Jakieś fakty w dzieciństwie lub młodości (tej wczesnej) wywarły duży wpływ na charakter. Fantazja. Raczej brak skłonności do domatorstwa. Skrytość. Chce się podobać.”
(To było w środku lat sześćdziesiątych. A jak dobrze utrafiła! Obecnie takie cechy  potwierdzają jego najbliźsi...)
______________________________________

Mój dziewczęcy zespół w 68r. miał się nazywać najpierw Złote Buty, ale ponieważ nikt nam w Warszawie takich butów nie mógł zrobić (nawet znany szewc  Śliwka z Chmielnej), bo nie mieli złotej skóry, czy skaju, zgodziłyśmy się na Schwytaj Dziewczynę (taką nazwę ustaliłyśmy 6 marca 68, a w ten dzień w roku 80-tym urodziła się moja córka...).
Wreszcie wyszła z tego nazwa po prostu - Dziewczyny.
__________________________________________

Pamiętam w 65r. jak chodziłam do Non Stopu - zawsze nad morzem, bo zwykle gdzieś nad morzem wynajmowałam pokój, czy łóżko - to głos i muzyka niosły się po plaży...
Jednego wieczoru bardzo głośno gdzieś grało radio i właśnie puszczali nagrania mojego zespołu wokalnego Meteory. Też muzyka niosła się nad morzem i dziwnie się czułam idąc do Non Stopu na koncert Czerwonych Gitar, słuchając Meteorów...


Zdjęcie wzięłam z netu, nie znam autora, ale oddaje atmosferę zmierzchu, gdy szłam w stronę Non Stopu.
Muszę czasem zamieszczać cudze zdjęcia, bo sama ich zrobić nie mogę. Jeśli autor będzie miał pretensję, zdejmę. Ale ja pozwalam brać wszystkim - wszystkie moje zdjęcia. W końcu robię je dla ludzi...
Moje zdjęcia na google
______________________________________


 W latach sześćdziesiątych powstało wiele świetnych zespołów big beatowych.
Muzycy wtedy mieli o wiele cięższą pracę, niż dzisiejsi. Bo dziś aparatura sama gra... Można np. grać improwizację gitarową na 5 dźwiękach, a dodać do tego pedał z efektami i już...jakoś to brzmi.
Kiedyś trzeba było naprawdę umieć grać na instrumentach, bo aparatury były pożal się Boże!
Dlatego np. w zespole Czerwone Gitary - w pierwszym składzie , gdy jeszcze grali na czerwonych czeskich jolanach (podróbka włoskiej graciosy) – Klenczon z Kosselą grywali ważniejsze solówki unisono, żeby lepiej brzmiało...
Aparatury zaś produkowali polscy akustycy, składając je z części (często radiowych!!!) i skrzynie robiąc u stolarzy na zamówienie...

W 1966 roku, jedyny raz zresztą (nie żałuję, nie należałam tam...), występowałam na festiwalu opolskim z moją żeńską grupą wokalną Meteory.

W koncercie Premiery śpiewałyśmy piosenkę Danuty Rinn, która akurat występowała za granicą, więc my dostałyśmy piosenkę w spadku („Każdy człowiek ma swój dzień”- Krzysztofa Sadowskiego). Śpiewałyśmy też na mniej ważnych  koncertach akompaniując chórkami piosenkarzom.
Ale nie o Meteorach dzisiaj...

Oprócz stałych bywalców sceny opolskiej zaproszono tym razem młodzieżowe zespoły, choć jedynie na koncerty towarzyszące... Miały też wystąpić (w Premierach nawet!) Czerwone Gitary z „Myszą” Kosseli, ale jak się dowiedziałam po latach, nie mieli pieniędzy na transport aparatury, a organizatorzy festiwalu pokrywali tylko zakwaterowanie i wyżywienie.
Zarobki też nie były świetne – 500 zł za próbę i 1000 zł za występ na koncercie – dla członka zespołu. Soliści mieli dwa razy tyle.

Tam po raz pierwszy spotkałam Blackoutów – Jeszcze ze Stanisławem Guzkiem, czyli Stanem Borysem, Skaldów, którzy już byli bardzo popularni, Trubadurów walczących o sławę i debiutujący zespół z Trójmiasta Pięć Linii.
Czas wolny od prób spędzało się - w nocy w dwóch znanych lokalach, albo na próbach innych. I tak godzinami siedziałam słuchając prób młodzieżowych  zespołów. A wszystko zaczynało się tydzień przed oficjalnym rozpoczęciem festiwalu.
Zgadnijcie, co było największym problemem na próbach? Oczywiście nie przygotowanie utworów, bo wszyscy mieli to opanowane.To aparatura wysiadała co chwilę. Często kable były wtykane na zapałki! 
Pamiętam jedną próbę, która właśnie z powodu stałych usterek aparatury, trwała prawie do rana. I niestety, była to aparatura zespołu Pięć Linii...
Takie to były czasy...
Ale muzycy najczęściej grali bardzo dobrze. Big beat dopiero się zaczął, a już było tylu świetnie grających gitarzystów. Obecnie zespołów jest tysiące, ale dobrych instrumentalistów na lekarstwo.
Może nie mają czasu na opanowywanie techniki?
___________________________________________

Kraków miał świetne zespoły, Warszawa dość dobre, Breakout był z Rzeszowa, ale najlepsze zespoły były jednak z Trójmiasta.
Nie wiem dlaczego, ale dla mnie tylko te zespoły miały niepowtarzalny nastrój. Może dlatego, że morze stwarzało w tych miastach nostalgiczną atmosferę, może dlatego, że marynarze przywozili płyty z Zachodu?
Może to była atmosfera nadmorskich knajpek, Motława, sopockie molo?
Kochałam jedynie muzykę beatową płynącą od Bałtyku. (Nooo.... ale też Breakoutów.)
Obojętnie, czy nagranie było super, czy amatorskie, to jednak miało nastrój, te piosenki były inne.

Tak zakochałam się w polskiej wersji „My prayer” (Plattersów) – „Moja modlitwa”, którą śpiewał ówczesny solista Pięciu Linii - Andrzej Mułkowski.
Śpiewałam Modlitwę potem - w latach siedemdziesiątych, przez wiele lat w Jugosławii, oczywiście nie codziennie...To piosenka na specjalny nastrój wykonawcy.
Andrzej napisał do niej polski tekst i też śpiewał ją potem w ... Jugosławii.




Mój zespół podążał jego śladem. Śpiewam np. w jakimś mieście Modlitwę i przychodzi do stolika stały bywalec, pokazuje mi fotografię z Andrzejem Mułkowskim i mówi, że kilka miesięcy temu zespół tu pracował, a Andrzej właśnie cudownie śpiewał tą piosenkę.
Tak zdarzyło się w kilku miastach jugosłowiańskich.Wszędzie chwalili go za wielki głos i za charakter.
(Nieskromnie dodam, że mnie też chwalili za to wykonanie...J )
Na zdjęciu mój zespół w Jugosławii w czasie przerwy...
_________________________________________________



Właśnie na tym festiwalu opolskim (1966) poznałam Andrzeja Mułkowskiego.
Jakoś nie ciągnęło mnie do innych muzyków, choć Krawczyk puszczał do mnie oczka ze sceny, a ze Skaldami siedziałam całą noc na próbie. Bleackouci też jeszcze nie byli Breakoutami. Już czułam, że są świetni, ale to jeszcze nie było to, co zaprezentowali na swojej pierwszej płycie jako Breakout.
Zespół Pięć Lini grał w sumie najsłabiej, bo gitarzysta nie był rewelacyjny, ale głos Andrzeja Mułkowskiego wynagradzał wszystkie braki. To było TO! Glos znad Bałtyku, piosenki znad morza! 
Śpiewał wtedy też swoją kompozycję „Na dzikiej plaży”.
No i był przemiłym człowiekiem. Jakoś od razu zaczęłam z nim rozmawiać, choć w tamtych czasach ciężko zawierałam znajomości. Był tajemniczy, przeważnie sam, małomówny, uprzedzająco grzeczny (kobiety całował w rękę...).
Oprócz tego wyglądał tak, jak powinien wyglądać beatowy piosenkarz znad morza: ciemne proste włosy do ramion, czarna kurtka, bitelsówy na nogach. J
Gdybym mieszkała w Trójmieście z pewnością byśmy się zaprzyjaźnili... Myślę, że był moim duchowym bratem. Niewielu potem takich chłopaków spotkałam. I zwykle na krótko...

W moim życiu zawsze tak było: właściwych przyjaciół poznawałam na chwilę, a przez  lata pozostawałam z ludźmi, którzy w ogóle nie byli mi bliscy duchowo.
Może to taka karma tego życia, że miałam się nauczyć innego typu ludzi...
Andrzeja spotkałam jeszcz raz w Sopocie w Non Stopie, w tym samym rokuPrzyjechałam w sierpniu, mając nadzieję, że będą tam grały Czerwone Gitary, a grał zespół Pięć Linii. Andrzej podszedł do mnie, jak tylko mnie zobaczył. Pocałował w rękę oczywiście i pogadaliśmy sobie przez przerwę w graniu...
Potem spotkałam go jedynie z daleka, o czym piszę dalej.
Na zdjęciu ja, tak jak wyglądałam na festiwalu w Opolu 66. Sztruksowy garnitur miał właśnie taki kolor. Bitelsówy też były niebieskie...
________________________________________

Andrzej Mułkowski nagrał w latach sześćdziesiątych, w studio radiowym piosenkę „Szliśmy pośród kwitnących wiśni”. O ile pamiętam muzyka była Katarzyny Gaertner. A słowa... Może Osieckiej?
Przepisuję tu słowa, bo dziwne...

Szliśmy, bez przerwy szliśmy, pośród kwitnących wiśni.
Szliśmy i dniem i nocą, ludzie pytali: - po co? -
- Jak oni mogą, tak bez ślubu iść?... 

Droga, daleka droga, sto kilometrów w nogach,
a my idziemy dalej...
Drzewa wciąż toną w skwarze, w krąg płaczą gospodarze
- Oj bieda jest w powiecie, z kur żadna się nie niesie,
zabrakło w studni wody, to wszystko przez was młodzi!
Jak wy możecie tak bez ślubu iść! -
Droga, daleka droga, sto kilometrów w nogach,
słoneczko wciąż świeciło, nam smutno się zrobiło, 
że my możemy tak bez ślubu iść...
Więc szliśmy, dalej szliśmy, pośród kwitnących wiśni,
pośród dalekich dróg,
szliśmy, by wziąć nareszcie, szliśmy by wziąć nareszcie ślub.
- Witajcie młoda para! Znów kury niosą jaja!
Znów w studni pełno wody, to dla was, no bo wiecie,
już nie idziecie tak bez ślubu! 
Ech!...
Szliśmy, dalej szliśmy, pośród kwitnących wiśni,
przez sady ukwiecone, lecz każde w swoją stronę,
lecz każde w swoją stronę...


(Andrzej Mułkowski pierwszy z lewej. Na tym zdjęciu akurat ma obcięte włosy...)
Zaskakująca piosenka, prawda? Mnie ciekawiło jak Andrzej radził sobie z nierytmicznym tekstem. Śpiewał zresztą świetnie, jak zawsze. Chyba to była kandydatka startująca w Giełdzie Piosenki. Tego już nie pamiętam... Ciekawe, czy zachowało się nagranie...
Andrzej Mułkowski zmarł kilka lat temu, po roku 66 tylko trzy razy go widziałam, lecz nie zamieniliśmy słowa, bo to były spotkania z daleka i on mnie nie widział. Raz przechodził pod moim balkonem na Marszałkowskiej 83. Byłam nieśmiała, przeszedł i nie zareagowałam, dziś z pewnością bym go zawołała i zaprosiła na górę na kawę, czy herbatę...
Drugi raz jechał ze mną w nocy tramwajem w Warszawie (kwiecień 67). Wracałyśmy z dziewczynami z jakiegoś grania, z gitarami w pokrowcach. Andrzej jechał z nami tramwajem, ale był tak zamyślony, że nie widział nic i nikogo dookoła. 
Ostatni raz widziałam go z daleka, na Muzykoramie nr 2, w Operetce Warszawskiej, był na widowni.
Dziś czasem mam kontakt przez You Tube z jego dorosłą córką, która umieściła tam kilka piosenek swojego ojca.
Okazało się, że był też kolegą Wiesława Wilczkowiaka prezesa stowarzyszenia Christopher i przyjaźnił się jakiś czas z Klenczonem, o czym pisała na facebooku żona Krzysztofa Alicja.
Nie zrobił kariery. W tamtych czasach często gwiazdami byli tuzinkowi piosenkarze o nijakich głosach i dupnym repertuarze. Choć dziś i ich słucha się z nostalgię, bo to były czasy młodości, ale mnie nigdy te przeboje nie trafiły do duszy. Nudziły mnie, albo tylko je tolerowałam, czując, że to jednak nie to. Słuchałam jedynie Niebiesko Czarnych, Pięciolinii, Czerwonych Gitar, Polan, Andrzeja Mułkowskiego i potem już Niemena - solo i Breakoutów.
W Jugosławii słyszałam muzyków tak grających, że polskie estradowe sławy mogły by się schować! przy nich. Wtedy wszystko zależało od układów. Zresztą teraz ...też?
Andrzej Mułkowski śpiewał cudownie... Drobny, subtelny chłopiec o wielkim głosie.
(Podobno służył w komandosach... I ostro jeździł motocyklem.)
_______________________________________

Pod moim balkonem na Marszałkowskiej, widziałam też przechodzącego gitarzystę Niemena z grupy Akwarele. Było to po sławnej Muzykoramie, gdy Akwarele wystąpiły po raz pierwszy. Byłam na tym koncercie, wróciłam do domu i wyszłam na balkon - lubiłam patrzeć na płynące na głównej warszawskiej ulicy życie. Była noc, ulice puste. Pod balkonem akurat przechodził Tomasz Jaśkiewicz niosący gitarę i ...płakał. Widziałam wyraźnie łzy spływające po jego twarzy.
Nie wiem, czy będzie zachwycony - jeśli kiedykolwiek trafi na ten zapisek - że ktoś kiedyś widział jego łzy, ale w końcu taka była prawda...

Marszałkowska 83 (Zgubiłam nazwisko fotografującego, ale pamiętam, ze udzielił mi pozwolenia na zamieszczenie tego zdjęcia...) Mieszkałam na 2 piętrze, od strony Wspólnej, zaraz nad Delikatesami, mieszkanie z balkonem.
________________________________________


A takie piosenki grał i śpiewał zespół Dziewczyny:
Historia jednej ...nieznajomości (słowo daję! naprawdę! coś takiego skomponowałam! he he...J); 
Menuet Boccheriniego, oczywiście przerobiony na beat; 
Błyszczące linie szyn (piosenka z repertuaru Katarzyny Bovery, ale w zupełnie innym aranżu. 
(Ach! co to był za przebój na obozie w Mirkach! Ale skład zespołu już był inny.)
Zwrotka szła na chromatycznym basie - a pierwsza basistka Jola była super, bo studiowała kontrabas w szkole muzycznej, potem refren śpiewałyśmy na głosy); 
Masz oczy koloru morza - moja piosenka bardzo beatowa, przebój Zacisza i okolic J ;
Czas letnich przygód, czyli Thank U Girl Beatlesów, z polskim tekstem o czymś jak widać innym; 
Nie oglądam się za chłopakami – z listów śpiewających Osieckiej; 
Hotel złamanych serc Presleya, z polskim tekstem; 
Summer Time, z polskim, o czymś innym, tekstem; 
Noc w obcym mieście, moja piosenka – dramatyczna! J, ale nawet się podobała; 
Piosenka przypomni ci - też przerobiona oczywiście, trochę swingowo...
Grałam też Angelinę z repertuaru Czerwono Czarnych, Kansas City po angielsku i piosenki Czerwonych Gitar: Historię jednej znajomości, Gdy kiedyś znów zawołam cię i Pory roku.

A skomponowałam utwór instrumentalny na solo gitarę pt. „Pociąg, który odszedł z innej stacji...” (pociągi to była moja ówczesna fascynacja...) Zresztą nawet fajny utwór, w stylu modnych wtedy utworów gitarowych, na mocnym, równomiernym rytmie. Tylko do dziś nie wiem, o co mi chodziło w tytule i dlaczego pociąg odszedł z innej i to jakiej? stacji... 
Co jeszcze dorobiłyśmy nie pamiętam...

Zdjęcie o rok późniejsze i ze Skopje, ale ta sama organistka co w Dziewczynach, no i ja...
___________________________________________

Teksty do moich kompozycji i polskie do angielskich pisała moja jeszcze szkolna przyjaciółka Maina, dziewczyna jak modelka, którą wrobiłyśmy wreszcie, żeby była naszym menagerem.
Grało nam się super, siostra Joli basistki, Hania (ojciec znany wtedy warszawski klezmer multiinstrumentalista) była świetną perkusistką, pojechała potem ze mną na rok do Jugosławii. Organistka miała absolutny słuch. 
Grałyśmy w Energetyku na Powiślu.

Na próby przychodził Krzysztof Sadowski, bo prowadziłam ten zespół już po tym, jak Meteory się rozpadły, (czasem śpiewała z nami Liliana Urbańska...).
Niestety praca z dziewczynami jest na ogół niemożliwa, jeśli są mężatkami. Organistka miała dwoje małych dzieci i mąż w końcu zabronił grania - bo nie zarabiałyśmy, pozwolił jej dopiero na wyjazd do Jugosławii, na pierwsze dwa lata. 
A mąż Joli basistki urządzał dzikie awantury zazdrości i ciągnął ją za rękawy, żeby szła do domu! Musiałyśmy wypychać go z sali, kopać po kostkach nogi, którą wsadzał między drzwi (na co się potem skarżył do dyrektora Domu Kultury ...) i zamykać się na klucz. Ale wreszcie Jola musiała odejść.

Na Zaciszu grałyśmy już z inną perkusistką - Danką i jej siostra Dziuńka, skrzypaczka grała na basie. Dziuńka grała potem ze mną w Jugosławii cztery lata.
Pamiętam, że gdy robiłyśmy repertuar do Jugosławii, tyle ćwiczyła (przestawiając się ze skrzypiec! na gitarę basową), że miała bąble na palcach, czasami leciała jej krew i grała palcami zalepionym plastrami, bo czeskie gitary były twarde, miały wysokie progi i ciężko było dociskać struny. A struny basowej były jak rzemienie!
Mnie jacyś litościwi chłopcy podpiłowali progi mojej czerwonej (identycznej jak Klenczona i Kosseli jolany), ale za to fałszowała w progach i wciąż musiałam ją przestrajać - w czasie grania!
Wszędzie gdzie ćwiczyłyśmy, miałyśmy wielbicieli, którzy prosili o możliwość uczestniczenia w próbach i siedzieli cichutko, słuchając z wypiekami na twarzy. Najczęściej byli to miejscowi chuligani. Ale dzięki nim byłyśmy absolutnie bezpieczne, odprowadzali nas na most, do przystanku tramwajowego, pilnując, żeby nikt nas nie zaczepiał J. A wracałyśmy z prób zwykle koło 12.00 w nocy... 
Niestety wszystkie zespoły rozpadały się wtedy z powodu braku aparatury. Po sprzęt wiele świetnych zespołów wyjechało albo do nocnych klubów zachodniej Europy, a głównie jeżdziło się do Finlandii i Szwecji, albo wygodniej – do Jugosławii do nadmorskich hoteli. I wtedy ambicje szły w kąt, a zespoły zostawały tam na całe lata. Często muzycy zawierali małżeństwa i zostawali za granicą na zawsze.
_______________________________________

Pomysły miałam niesamowite. Miałam w planie utwór instrumentalny pt. "Pociąg widmo kursuje raz na miesiąc."
Piosenki: Sen jak woda, woda jak sen, Wehikuł czasu, Zdradziecki zapach łubinowych pól, Ringo Starr, a gdzie meta?, Dalekie miasta, Wstrząśnięta wzruszeniem, Święto Zimy i podróż, Dziwni podróżni w pociągu pierwszej klasy, Chciałabym być marynarzem, Schwytaj dziewczynę, Lampa Alladyna, Zróbmy to, czego zrobić nie możemy... i tym podobne abstrakcyjne pomysły... Byłam wtedy bardzo pod wpływem nonsensów Johna Lennona.
___________________________________________

Kiedy Niebiesko Czarni występowali w Olimpii, pojechałyśmy we trzy do Szczytna, autostopem. Nie miałam pojęcia, że oni właśnie grają w Olimpii. Nie było wtedy żadnej ogólnopolskiej informacji, wiadomości o zespołach zdobywało się pocztą pantoflową, najczęściej spóźnione. O tym, że właśnie występowali w Olimpii, dowiedziałam się dużo później.

Chciałam znów zobaczyć Szczytno, które znałam wcześniej z obozów harcerskich na Mazurach, ale teraz chciałam je poznać inaczej, bo miasta w których spędzamy dzieciństwo kształtują charakter. Przeczuwałam, że Klenczon jest dobrym człowiekiem, ale chciałam się upewnić.
W końcu był moim wzorem... (Na mojej późniejszej  gitarze, czerwonej jolanie wyskrobałam z tyłu: „Klenczon – wzór niedościgniony”. Gitarę mi w Jugosławii ukradli. (Ciekawe co myślał złodziej czytając ten napis?...)
Podobała mi się senna atmosfera tego miasteczka. 
Zatrzymałyśmy się w szkolnym schronisku, w sam raz na naszą studencką kieszeń. Fajnie było, bo zupełnie pusto, już po sezonie...
Byłyśmy tam kilka dni i trafiłyśmy na ciepłe, ale bezsłoneczne, zamglone dni, jezioro było siwe i spokojne i takie Szczytno na zawsze zapamiętałam. To miasto było zresztą tylko jednym z miejsc, które odwiedziłyśmy na tej wędrówce.
Mogłyśmy się zapytać gdzie mieszka KK, pewnie ktoś by wiedział, szczególnie w jakiejś kawiarence, ale jakoś nie przyszło nam to do głowy...

(foto W. Wilczkowiak)
__________________________________________

Kiedyś lubiłam się budzić w ciemnym pokoju ze szczelnie zasłoniętymi (ale otwartymi) oknami. I dopiero wtedy wyjść na słońce.
Dziś nie toleruję firanek w sypialni, wobec czego w nocy jakaś latarnia mi świeci, a rano słońce pokazuje bardzo wcześnie, że już jest, choć nie wchodzi do środka. Ale i tak nie ma to znaczenia, bo śpię nakryta na głowę, za to okna mam otwarte przez cały rok.
____________________________________________

Kiedyś jakiś chłopak mnie wkurzył i bezczelnie zakończyłam, niezbyt serdeczny zresztą, list do niego: „Nauczyłam się gwizdać na palcach. Trzymaj się wiatru! Cześć!”.
Dziś do przyjaciela tak bym nie napisała, a z wrogiem zerwała kontakt bez pisania listu.
Noooo... z tym chłopakiem też już nie utrzymałam znajomości... Nie potrafiłam wybaczać. (Czy dziś potrafię? - nie wiem.)
_________________________________________________


Moje dwa uwielbiane filmy z lat sześćdziesiątych to był „Help” - Beatlesów i „Tom Jones” - Richardsona, na podstawie znanej XVIII-wiecznej powieści Fieldinga. Chciałam wtedy żyć tak, jak na tych filmach...
Kupiłam sobie nawet grubą, dwutomową książkę „Przygody podrzutka Toma Jonesa”, napisaną osiemnastowiecznym językiem i zachwycałam się każdym urywkiem, a z filmu pamiętałam prawie każdą scenę. Tak samo „Help” - odtwarzałam nonsensowne dowcipy chłopców z Liverpoolu i bardzo się z nich śmiałam...

W życiu powiązałam się z tymi filmami, ale zupełnie inaczej...
W latach osiemdziesiątych mieszkałam w Liverpool, tyle, że w Australii. Dzielnica ta nie jest przemysłowa, za to wciąż mieszka w niej wielu Polaków. Nie mają oni nic wspólnego z nonsensownym dowcipem lansowanym przez Beatlesów, raczej ciężko pracują zarabiając na domy i utrzymanie.
A z „Tomem Jonesem” związała się taka historia: w filmie tym wieśniaczkę, puszczalską Meggi grała znana australijska aktorka Diane Cilento - pierwsza żona Seana Connery’ego. Z nią poznała się przypadkowo moja córka Selma.

A było to tak: 
do Sydney początkiem lat dwutysięcznych przyjechał młody aktor polski Darek K. Zakolegowaliśmy się, Darek nagrał mi pięknie kilka moich wierszy. 
Miał pokręcone życie, rozwód w Polsce, dziecko, które musiał zostawić i bardzo cierpiał z tego powodu. 
Poprzednio kilka lat pracował w wytwórni filmowej w Stanach, tam poznał Australijkę, przyjechał z nią do Australii, urodziła im się córka. Darek próbował w Sydney grać, czy robić cokolwiek w teatrze, ale tu teatrów kilka na krzyż, więc nic z tego nie wyszło.
Poznał przypadkiem Diane Cilento która zaproponowała mu pracę daleko od Sydney, na północy w nagorętszym miejscu Australii koło Port Douglas. Miała tam (bo niedawno zmarła...) posiadłość, swój ładny dom, kilka starych ruder, i dość zniszczoną scenę na wolnym powietrzu, na której kilka razy w roku wystawiano kultowe sztuki i wtedy zjeżdżały się tam ponoć tłumy artystów i widzów. A normalnie mieszkało kilka osób. W samym środku absolutnie dzikiego australijskiego buszu.
Moja córcia akurat nie miała pracy i nie bardzo wiedziała jeszcze, co właściwie chce robić, a Darek zaproponował jej pracę przy organizacji wystawienia opery „Carmen” w tym letnim teatrze, więc zgodziła się, myśląc, że wszystko jest zaplanowane, a nie było...

Darek wcześniej się przeprowadził, wynajął dom w miasteczku Port Douglas. Selma przyleciała do nich samolotem (gwarantował jej zakwaterowanie...), jedną noc przespała w pokoju brata kobiety Darka, ale potem brat wrócił, a Darek wywiózł Selmę do buszu. Najbliższa miejscowość była o 30 km.
Na posiadłości pani Cilento stał przeznaczony dla pracowników starutki dom bez drzwi (zasłony) i okien (tylko otwory), a w nim mieszkali: utykający facet po czterdziestce, dziwny młody chłopak, gospodyni i jeszcze jakieś trzy sfrustrowane osoby. Wszyscy trochę dziwacy, uciekli w busz z wielkich miast, bo tam się nieodnaleźli. 
Warunki mieszkaniowe – straszne. Nocą po dachach latały szczury i possumy. Była owszem willa właścicielki i drugi, fajny domek, ale stał pusty i dość daleko, i sama Selma nie mogłaby w nim nocować, bo ktoś mógłby ją napaść. Mówiono co prawda, że tu jest bezpiecznie, ale... na noc gaszono wszystkie światła, żeby nie było widać z daleka, że ktoś tu mieszka. 
(Do tego w tych czasach, w pobliżu grasował gwałciciel, podawali w teledziennikach.)


Na domiar złego właścicielki nie było, przyjechała dopiero po kilku dniach. Okazało się, że Darek wcale jej nie zawiadomił, że Selma ma pomagać przy sztuce, była na niego wkurzona. Zaprosiła Selmę na własnoręcznie ugotowany obiad, była bardzo miła, ale córcia była już wściekła, że busz, nuda, warunki gorsze niż na campingu, była zestresowana, więc zapłaciła taksówkę, która zawiozła ją do Darwin, na lotnisko. W rezultacie straciła prawie tydzień na niesamowitą przygodę, pieniądze na samoloty i ...nadzieję na zarobek.

Darek zachował się jak dupek. I obecnie wcale go nie żałuję, myślę, że musiał tak samo głupio postępować ze swoim małżeństwem, dlatego żona się z nim rozwiodła. A jest ona dość znaną polską aktorką, widziałam ją w różnych rolach w kilku filmach i zdaje się ponownie wyszła za mąż.
O Darku nic nie słychać. Zaginął w buszu?... Może gdzieś wyjechał. Może zrobił karierę, wzbogacił się? W Sydney go nie ma. Talent miał, ale też jakieś problemy samego z sobą.

A po Dianie Cilento, choć jej osobiście nie poznałam, mam chociaż pamiątkę - książkę, jej autobiografię „My Nine Lives”.
_________________________________________

Nigdy nie wiem, jak nazywają się rasy koni, więc:
bułanek - to koń płowy, deresz – brudnoczerwonobiały, gniady – jasnobrunatny, kary – czarny, tarant – z łatami biało, czarno, siwo, kasztanowymi.
_____________________________________

Jaki był prywatnie Paganini? Tego już obecnie chyba nikt nie wie...
 "W legendzie Paganiniego jest geniusz i sztylet, pakty z szatanem i hazard, miłość i zdrada – splecione w wątek, którego autentyzm jest już dziś nie do odczytania”. 
Heine napisał o nim nowelę „Florentyńskie noce”. Też Winogradow powieść (chyba dość słabą, czytałam tak dawno, że nie pamiętam) - „Potępienie Paganiniego”.



...na tym portrecie jest wręcz przystojny... ale jakis flegmatyczny, a to do niego niepodobne!
__________________________________________

Kolczyk w uchu mężczyzny jest amuletem przeciwko czarodziejskim tonom, które mogą mamić żeglarza. 
Także kolczyki miały chronić od szeregu chorób, zwłaszcza ochraniać bystrość wzroku. Dlatego piraci nosili kolczyk w uchu.
Mój eksmąż, zresztą gdy już się z nim rozwiodłam - pięćdziesięcioletni, wsadził sobie do ucha kolczyk, ale nie uratował go on przed wiedźmą, która go struła, wykorzystywała, hipnotyzowała i w końcu wyrzuciła. Wyglądał przy niej jak wytresowany piesek (była bezczelną olbrzymką, wyglądającą jak drag queen...) 
W moich oczach stał się śmiesznym, słabym facecikiem z kolczykiem, zamiast wysportowanym, silnym mężczyzną - jakim mi się wydawał, gdy go poznałam.

Więc się go wyrzekłam nie tylko na to życie, ale i na wszystkie następne istnienia. Wniosek z tego, że nie należy wierzyć w żadne amulety, tylko trenować siłę woli.
(To jedyne jego zdjęcie, które zamieściłam w raptularzu...)
___________________________________________


„Ludzie albo do siebie pasują, albo na siebie trafiają” – znów nie wiem czyje.
U mnie to były zwykle same trafienia... (albo raczej ...pudła...)
Przez całe życie.
_________________________________________

poniedziałek, maja 07, 2012

Maj 2012 raptularz... ostatnio wciąż spóźniony.

_____________________________________


Moralność – zespół ocen i norm wzorów postępowania i ideałów osobowych, mających regulować postępowanie jednostek oraz stosunki między jednostkami i grupami społecznymi; całokształt zachowań i postaw jednostki lub grupy społecznej, oceniany wg jakiegoś społecznie funkcjonującego systemu ocen i norm moralnych. Tyle słownik wyrazów obcych.
A czym jest moralność wg mnie: jest to postępowanie zgodne z sumieniem, bo nawet największy łajdak posiada sumienie, które podpowiada co dobre, a co złe.
(Z tym, że łajdak nie posłucha ani człowieka, ani tym bardziej dyskretnego absolutnie sumienia...) Sumienie nie pozwala postępować podle, popełniać zbrodni, nie pozwala oszukiwać, ogólnie - grzeszyć. Wynika z tego, że moralność to uczciwość wobec ludzi i samego siebie. A uczciwość to dobro.
Dzielę ludzi najprościej: na złych i dobrych. Dobry jest po prostu dobry, czyli niezdolny do popełnienia zła.
Natomiast złych dzielę szczegółowiej: na recydywistycznych łajdaków, dla których nie ma nadziei na zmianę - tym Bóg powinien unicestwiać dusze - oraz na łajdaków, którzy ewentualnie mają szansę, żeby pojąć co wyrabiają i poprawić się. W końcu po to istnieje reinkarnacja, zwana także czyśćcem.
_________________________________________
Nowopoznanego można osądzić po twarzy. Szczególnie u ludzi starych i starszych, bo wszelkie uczucia zapisują się pamiętnikami zmarszczek. Potem oczy, można się fałszywie uśmiechać, ale oczy zdradzą każde uczucie. Należy też obserwować gesty, zachowanie i słuchać.
Niektórzy posiadają jeszcze instynkt podpowiadający, że nowo poznany jest osobnikiem złym i należy trzymać się od niego z daleka.
Mnie instynkt ostrzega. Nie znam człowieka, ale od pierwszego momentu czuję albo, że to mój brat albo nieuzasadnioną niechęć. (Nooo... czasem brat nie okazuje się bratem, ale uczucie niechęci zawsze jest niezawodne...)
W końcu po to dano nam instynkt, żebyśmy go słuchali...
______________________________________________
Pociągi kocham głownie dlatego, że wywożą ludzi z miasta. Na świeże powietrze.
Przez dziesiątki lat brakowało mi zieleni, świeżego powietrza, otwartej przestrzeni, bezmiaru wody. Dlatego nade wszystko pokochałam morze, szczególnie Adriatyk.
Warszawa była okropna, szara, zakurzona, zamknięta, nudna. Nie interesowały mnie kawiarnie ani tzw. „życie kulturalne”. Musiałam w nim brać udział, ale to był przymus.
Żyłam tylko w wakacje, w przyrodzie.
Na szczęście teraz mieszkam jak na wsi, ale blisko centrum. I tylko 5 km od Oceanu Spokojnego.
___________________________________
Są ludzie, którzy nie potrafią przyznać się do swoich błędów, nawet gdy dla wszystkich są one oczywiste. To się nazywa pychą.
Jestem uczciwa, jeśli popełniam błąd przyznaję się i przepraszam. Nawet mój eksmąż, który nie był idealnym partnerem, sprawiedliwie twierdził, ze jestem jedyną osobą jaką zna, która potrafi przyznać się do błędu.
Za błędy należy przepraszać, zadośćuczyniać i ...zapominać. Noszenie w sobie pychy i wyrzutów sumienia oraz niewybaczenie doprowadza do raka. (Oczywiście oprócz palenia papierosów.)
__________________________________
Koty często śpią na ziemi, choć mają fotele, krzesła, poduszki. Dawno temu zauważyłam, że leżenie na trawie dodaje sił witalnych i energii. Jak w staroruskich bajkach „O wojach i witeziach”...
Koty wiedzą to, jak widać, lepiej od ludzi. No bo kto z zaganianych codziennie kładzie się na ziemi, na trawie?
A w Australii nawet w miastach jest to możliwe, wszędzie trawniki, często siedzą, czy leżą na nich najczęściej zakochane pary, bo to dozwolone.
Za to w Polsce pewnie wciąż istnieją tabliczki z napisem ”Nie deptać trawników”.
Bo w Polsce wciąż wszystko na pokaz, nie do używania...
___________________________________
W okolicach dwudziestki (tzn. przed i po) pasjami lubiłam jeździć na wycieczki. Byle uciec z Warszawy. Wkładałam czarne drelichowe farmerki (jeansów nie było), podkoszulek, koszulę flanelową w kratę, jakiś sweter związany w wokół talii, trampki czy pepegi, plecak i w drogę!
Nie miałam najmniejszego pojęcia jakie niebezpieczeństwa mogą mi grozić na bezludziu.
Ale to były jeszcze czasy w miarę normalne. Można było jeździć autostopem i nie zostać zgwałconą i zamordowaną. Zresztą na wędrówkach, czy na stopie zawsze ktoś mi towarzyszył, ale bywało, że zostawałam całkiem sama.
Mimo to, nigdy nic mi się nie stało. Myślę, że zawdzięczam to, nie tylko w miarę spokojnym czasom, ale i moim duchom opiekuńczym, które zawsze podpowiadały mi co robić i jak wybrnąć z najtrudniejszych sytuacji.
_______________________________________________
Pod oknem mojej sypialni, w moim jak sądzę ostatnim mieszkaniu w Australii, mam spadzisty dach, pokryty ceglastą dachówką. Często siedzę późno w nocy i robię coś na komputerze, przy zasłoniętych oknach.(Na zdjęciu nie ma firanki, bo to już potem, zasłonę wyrzuciłam...)
Którejś nocy usłyszłam za oknem kroki. Ufolud? No bo kto spacerowałby po pochyłym dachu? Najeżona, jednak wstałam i nagle rozsunęłam firankę.
Czarny kot z białymi ozdobami zobaczywszy mnie zamarł bez ruchu, z wyciągniętą w powietrzu przednią i tylną łapą. Staliśmy tak jak zaczarowani (on z tymi łapami w powietrzu, praktycznie stojąc na dwóch pozostałych) z pół minuty, patrząc na siebie w absolutnym zaskoczeniu.
W końcu powiedziałam mu, że jest piękny i że go kocham, więc poszedł swoją drogą...
__________________________________________________
Starzy jesteśmy wtedy, kiedy większość ludzi wolałaby, żebyśmy nie żyli. (William Wharton)
Prawda jakie to smutne i niesprawiedliwe? A jednak każdego to czeka.
_______________________________________________
W podróżowaniu fantastyczne jest między innymi to, że człowiek przekonuje się, ilu jest na świecie dobrych, uczynnych ludzi” (William Wharton)
To jest oczywista prawda. Spotkałam wielu takich ludzi na swoich wędrówkach.
Pamiętam nawet tak dziwne zdarzenie, gdy kiedyś spędzając noc na dworcowej ławce, głodne, z koleżankami usiłowałyśmy finką otworzyć puszkę sardynek. I jakoś nam się to nie udawało...
Nieproszony, wziął z naszych rąk puszkę siedzący niedaleko wieśniak i tak rąbnął lewą ręką w trzymającą finkę prawą, że rękojeść przebiła mu dłoń. Z ręki lała się krew, ale on otwierał puszkę, aż do końca, jakby nie czując bólu. Po czym z uśmiechem wręczył nam otwartą (zakrwawioną...) puszkę.
Ile razy chłopi na wsi ofiarowywali nam noclegi we własnych łóżkach, sami chcąc iść na siano? Co prawda, w końcu nigdy nie godziliśmy się na to i to my szliśmy spać do stodoły. A ile razy dostawaliśmy chłopski obiad, owoce, mleko, chleb? – nigdy nie chciano od nas za to pieniędzy.
Taki kiedyś był polski naród. Taki był naród w byłej Jugosławii. Nie wiem jak jest teraz?
W Australii, w country jeszcze można spotkać dobrych ludzi.
Dwadzieścia lat temu, mój eks robiący wtedy przeprowadzki, jechał truckiem przez niezamieszkałe tereny. Truck mu się rozkraczył, tzn. motor wysiadł. Za jakiś czas przejeżdżał Ozi, sam się zatrzymał, wziął eksa do domu, nakarmił, napoił, przenocował i załatwił transport ciężarówki do Sydney.
Myślę, że dziś w Australii nadal tak się zachowują ludzie z country.
Ale na świecie już jest całkiem inaczej.
________________________________________________
Za to mój młody znajomy wędrownik – fotograf miał zupełnie inną przygodę w country. Oto pojechali w czwórkę, jedną terenówką (błąd!) na pustynię w środku Australii  i motor im wysiadł. 60 albo więcej stopni ciepła, żadnych drzew i pusta droga. Po paru godzinach zatrzymało się auto, okazało się, że kierowcą jest Polak. Obiecał w najbliższej osadzie poprosić o pomoc. Nie poprosił, bo żadna pomoc nie nadeszła.
Chłopcy mało nie umarli z wycieńczenia i dopiero w nocy auto pełniutkie Aborygenów, (potrafi ich jechać ośmiu), doładowało jeszcze ich czwórkę. A potem ściągnęli auto i naprawili. Może to cywilizacja wypacza ludzkie współczucie?
_______________________________________________
Jak on się ładnie uśmiecha: prosto w moje serce. (William Wharton)
________________________________________
Degrengolada – to słowo kojarzy mi się z ciastkiem, taka czekoladowa rolada z kremem... Ale niestety znaczy to upadek moralny, staczanie się. Z ciastkiem ma tylko wspólne to, że krem jest tłusty i można się na nim poślizgnąć.
____________________________________________
Adrianna Godlewska-Młynarska, żona Wojciecha, we wspomnieniach napisała, że warszawskie osiedle „za żelazną bramą” było modne i kultowe. A mieszkanie na tym osiedlu było czymś nadzwyczajnym(?!). Skąd jej to przyszło do głowy?
Blokowisko „za żelazną bramą” były niesłychanie brzydkie, maleńkie mieszkania, maleńkie balkoniki. Samo miejsce nieciekawe, z pewnością niemodne.
Były to mieszkania dla zwykłych śmiertelników, niewyróżnionych przez los.
Klasą było osiedle Sady Żoliborskie w pięknej zieleni, pokazywane De Goullowi, za czasów jego wizyty w Polsce, bloki w samym centrum, a potem nowe zabudowania dalszego Mokotowa.
Osiedle „za żelazną bramą”, nie było w niczym lepsze od Muranowa. Może nawet gorsze, bo w blokach na Muranowie, też brzydkich, mieszkania jednak były większe i solidniejsze.
_________________________________________
Nigdy nie lubiłam Rolling Stonsów. Ich muzyka była dla mnie za prosta. Mick Jagger beznadziejny, śpiewał nijako, wydzierał się tylko rozdziawiając buzię, nie miał pojęcia o improwizowaniu. Jego sposób poruszania się na scenie - okropny. Chodził z kąta w kąt, jakby nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
Tak samo (dla mnie..) ich życie prywatne było beznadziejne jak i ich muzyka. Zmiany partnerek i partnerów (bioseksualność), narkotyki, alkohol.
A wciąż mają swoich wielbicieli wydzierających się na ich koncertach, choć wyglądają jak zużyci dwustuletni starcy, mając około siedemdziesiątki. Twarze pomarszczone jak wysuszone kartofle, ręce wykrzywione artretyzmem.
Nigdy nie byłam na żadnym ich koncercie, bo szkoda by mi było czasu. A ciekawa jestem, czy ich wierni wielbiciele wyglądają tak samo?
____________________________________
W latach sześćdziesiątych skomponowałam kilka piosenek, które nawet podobały się młodzieży słuchającej moich zespołów w warszawskich Domach Kultury. Zapisywali słowa autorstwa mojej przyjaciółki i podśpiewywali z nami na koncertach.
Ale jakoś czułam, że nie są to ...arcydzieła, choć wpadały w ucho, więc przestałam komponować. Wolałam odtwarzać doskonałe utwory.
Zdjęcie z gazety, Zacisze 1968r.
Gdy rzuciłam elektryczną gitarę, która tak naprawdę nie była moim instrumentem, przeprosiłam się z klawiszami, najpierw były to hammondy, potem keybordy: technics i wreszcie korgi –  ale do komponowania nie wróciłam, wciąż brak mi było prawdziwego natchnienia. Za to aranżowałam - myślę interesująco - i najważniejsze: nauczyłam się improwizować. Dorabiałam solówki. Mogłam też długo grać jakieś nagle komponowane tematy i improwizować na ich temat. Nadawałabym się do pracy w sklepach z keybordami, ale tam trzeba było nosić te instrumenty...
Tak, że w muzyce byłam odtwarzaczem i ...poprawiaczem.
Natomiast twórcą byłam dopiero w poezji. Łatwiej oddawałam przeżycia słowem niż muzyką.
____________________________________________________
Dziwna sprawa. Gdy chodziłam do liceum, miałam prawdziwy bagnet z czasów II wojny światowej.
Chłopcy z czarnej jedynki z Reytana, z harcerskiej drużyny, z którą przyjaźniła się moja żeńska drużyna 183-cia (charakteryetyczne chusty: niebieskie jak ultramaryna, z czarnym frędzlami z lasoty), mieli kilka takich bagnetów. Nosili je przy paskach, zamiast finek.
Strasznie mi to imponowało, poprosiłam o taki bagnet i jakoś mi skombinowali... Miał niedozwoloną długość, drewnianą rękojeść i czarną gumową pochwę.
Dla mnie miał stanowić obronę „w razie czego”... Czasem używałam go zamiast finki, ale najczęściej z dumą nosiłam przy harcerskim mundurku. Zresztą, głównie nosiłyśmy harcerskie bluzy i czarne farmerki, więc bagnet pasował.
Ale nosiłam go też prywatnie. Do spódnicy, pod kurtką. Dla obrony, „w razie czego”, bo zdarzało mi się wracać po nocy pustymi ulicami. Chociaż na szczęście nigdy nie zdarzyło mi się to „w razie czego...”
Nie mam pojęcia co się stało z bagnetem. Zupełnie wyleciało mi z pamięci jak on wyleciał z mojego życia i kiedy to się stało. Tak samo jak nigdy nie dowiedziałam się skąd chłopcy z Reytana mieli takie bagnety i czy były one kiedykolwiek używane w czasie wojny, czy też przeleżały wojnę nietknięte.
_____________________________________________
Jan Paweł II zmarł 2.04.05 o godzinie 21.37.
Data daje w sumie 11, a godzina 13. Liczby dla mnie oznaczające coś ważnego, choć nie wiem co. A tak w ogóle to liczby magiczne.
________________________________
Nie pamiętam już który to był rok, gdzieś połowa pierwszej dekady 2000 roku. W Sylwestra było plus 45 stopni. Ponoć rekord od 1939 roku. Można było tylko leżeć i  ledwo żyć...
Najwięcej ucierpiały rośliny. Słońce je spaliło. Końcówki gałęzi i liście uschły, niektóre całkowicie. Połowa liści na drzewach, krzakach i kwiatach była sucha i skręcona. Nawet sośnie na czubkach gałęzi igły opadły w dół jak długie spódnice baletnic, zamiast radośnie sterczeć do góry.
W prasie i w internecie coraz więcej pisze się, że istnieje broń meteorologiczna, która może powodować tsunami, susze, upały, cyklony, sztormy itp. Prawdziwie terrorystyczna broń. Nie można się jej przeciwstawić, a cierpią niewinni.
_________________________________________
Uwaga na oczy! Długie przebywanie w sztucznym oświetleniu i wpatrywanie się w ekran telewizora, może doprowadzić do zwyrodnienia plamki żółtej, nazywanego zespołem AMO. Może on doprowadzic nawet do utraty wzroku.Wpływ na to ma także zanieczyszczone środowisko.
W Polsce jest preparat Maxivision, który pochłania UVA i UVB, neutralizuje wodne rodniki, poprawia mikrokrążenie i dotlenienie w gałce ocznej.
Jak się nazywa odpowiednik tego preparatu w Australii, nie wiem.
___________________________________________
Klenczon nie tylko był moim idolem muzycznym. Także był typem chłopaka jakiego chciałbym mieć. Ale nie było takiego w moim otoczeniu. I w związku z tym zakochiwałam się w zupełnie innych chłopakach. Do tego nie muzykach...:)
________________________________________
Kiedyś, gdy byłam chora na grypę, przyszedł do mnie lekarz wyglądający jak książę z bajki z 1001 nocy. Czarne włosy do ramion, czarne oczy, piękna twarz, wysoki i smukły, ubrany w długi czarny płaszcz i gdy biegł po schodach do mojej sypialni, najpierw poczułam silny zapach drogich, dobrych męskich perfum.
Lekarz zresztą miał też dobrą nowinę, bo po zbadaniu powiedział ”wyjdziesz z tego”.
Zastanowił mnie  silny zapach jego perfum. W moim mieszkaniu zawsze są na przestrzał pootwierane okna i drzwi. Ale w niektórych mieszkaniach można się udusić, więc może to takie zabezpieczenie lekarza z bajki, przed prozaicznymi smrodkami?
______________________________________________
Zawsze mnie śmieszy mycie jakichś kawałków ciała, jeśli mamy wannę, czy prysznic. Całe ciało brudzi się, więc co mi z tego, jeśli jedna część jest umyta, a druga pozostaje brudna? Wielu ludzi robi to samo, nie tylko z myciem...
_____________________________________________________
Książki są wspaniałe, bo głównie dzięki nim następuje wymiana ludzkich myśli.
W rozmowie tylko przyjaciele zwierzają się sobie, w książkach nieznani autorzy odsłaniają swoje najgłębsze uczucia nieznanym czytelnikom.
Dziś internet ze swoimi blogami robi coś podobnego... Pewnie stąd ta niesamowita popularność internetu. Wniosek, ludzie chcą się zwierzać, ale nie zawsze mają komu.
A na necie, w tym milionowym tłumie, mogą znaleźć się osoby myślące podobnie.
(Nie mam tu na myśli psycholi wypisujących obleśne komentarze...)
____________________________________________
Niebieskooka. Kiedyś byłam niebieskooka...
Na Poznańskiej w Warszawie był sklepik z prywatnymi kosmetykami i tam kupowałam niebieski, szafirowy i granatowy tusz do rzęs.
Pędzelkiem robiłam kreski, ale i rzęsy malowałam na niebiesko, czy granatowo. Powieki jakąś niebieską szminką lub pudrem. Tylko w kącikach wewnętrznych srebrny błysk. Całe oko było niebieskie na zewnątrz i ...wewnątrz...
Było to w tamtych czasach niespotykane, więc gdy tak wymalowana jechałam tramwajem, czy autobusem, to wszyscy się na mnie gapili. Wobec czego z uśmiechem pokazywałam im język, co powodowało, że odwracali głowy.
Potem bywałam też zielonooka (zależnie od sukienki), bo moje oczy są w 3 kolorach, od żółtego przez zielony do niebieskiego. ( Dziwne. Choć żółtego na szczęście ledwo ledwo.)
Gdy chodziłam do szkoły muzycznej byłam na śpiewie dodatkowym i musiałam zdawać egzaminy ze śpiewu operowego. Gdy wchodziłam do sali egzaminacyjnej, dyrektor zasłaniał oczy ręką i śmiał się.  Bo „śpiewaczka operowa” miała mini spódniczkę, białe, koronkowe pończochy, długie włosy z grzywką do oczu - wyprasowane żelazkiem i na niebiesko wymalowane oczy. Bigbitówa w całej krasie, śpiewająca mezzosopranem z barwą altu, arie operowe.
Śp. prof. Waśkiewiczowa, zawsze błagała mnie przed egzaminem: „Elżuniu, nie maluj sobie oczków na niebiesko!” Ale bezskutecznie, nieumalowana czułabym się jak naga.
Wobec czego, za te niebieskie oczy i za fakt, że za nic nie mogłam się przemóc i trzymać - modą śpiewaczek - splecionych na brzuchu rąk, dostawałam na egzaminach czwórkę, choć profesorka zawsze dawała mi z przedmiotu piątkę.
Śpiew operowy przydał mi się, bo potem śpiewając piosenki miałam już wyrobioną skalę i ustawiony głos, ale interpretacji uczyłam się słuchając  i to przez całe życie.
Natomiast Niebieskooka Czerwonych Gitar jest piosenką z czasów II wojny światowej. Nie o mnie więc (he, he...) bo się w czasie wojny dopiero urodziłam.
____________________________________________
Wiecie co jest najgorsze w starzeniu się? Stajesz przed lustrem i bardzo się sobie nie podobasz. I zaraz myślisz: „...a będzie jeszcze gorzej...”
______________________________________________
Czy sen może zadecydować o życiu? U mnie właśnie tak się stało...
Miałam lat dwadzieścia na początku i którejś nocy przyśnił mi się taki sen: siedzę w restauracji na świeżym powietrzu, pełno kwiatów, drzew i krzewów, atmosfera nadmorska. Podchodzi do mnie kelner i pyta, czy chcę jedną szklankę bardzo dobrego, mocnego czerwonego wina, czy też pełną butelkę, ale wina młodego, niedojrzałego, różowego.
Pomyślałam sobie, że jednak lepsza pełna butelka i ją wybrałam.
Tak potem było w życiu... Miłości niedojrzałe, krótkie, za to sporo...
Dziś wybrałabym jedną szklankę. Ale na taką decyzję mogłam się zdobyć dopiero po czterdziestce.
_________________________________________
Miałam przygodę z filmem animowanym. Mojej przyjaciółki szwagier – Tadeusz Janik był reżyserem filmów animowanych. Kiedyś dał nam do wypełniania rysunki przez niego wykonane na celuloidzie. My wypełniałyśmy je akrylikiem. Pamiętam, że zarobiłam na tym 500 zł. Co było niezłą sumką dla studentki... (W latach sześćdziesiątych.)
Film nazywał się „Uwaga” i dostał główną nagrodę dla filmu animowanego, na festiwalu w Wenecji. Widziałam go potem w kinie.
____________________________________
Tajemnica i niedopowiedzenie dobrze służą pewnym sprawom. Zamiast wyjaśniać lepiej je przeżywać. (Jose Saramago pisarz portugalski  – Nobel 98)
Niewątpliwie tak jest ciekawiej i frapująco. Ja jednak wolę wyjaśniać tajemnice. Ułatwia to życie.
______________________________________
Komputer dla tych, którzy na codzień z nim obcują staje się częścią życia.
Kiedy się zepsuje i kilka dni go nie ma, nagle mamy za dużo swobody...
Jest to dowód, że to zwykły złodziej czasu, który można by przeznaczyć na coś pożyteczniejszego, jak chociażby spacer, czy jakikolwiek wypad w przyrodę.
A tak pracujemy na nim godzinami, sztywnieją nam karki, bolą kręgosłupy, a jak go nareszcie nie ma, to nam żal... Uczucie nielogiczne, ale realne.
______________________________________________
Lubię stare domy, są solidne, w lecie chłodne, w zimie ciepłe, mają atmosferę.
Ale stare szkoły są okropne! Jak z najgorszych powieści Dickensa. Nowoczesne szkoły lepiej działają na psychikę ucznia.
____________________________________
Zazdrość. Właściwie nie znam tego uczucia. Nie zazdroszczę nikomu bogactwa, talentu, szczęścia, rozumu, sławy, urody, zdrowia, kondycji itp. Mam co mam i cudze mnie nie pociąga. Cieszę się natomiast jeśli ktoś wygra w totka, dostanie spadek, kupi sobie dom, zakocha się szczęśliwie, stworzy coś wspaniałego...
Chcę, żeby wszyscy na świecie byli zdrowi, mieli swoje mieszkania, pracę, partnerów, przyjaciół. O to się codziennie modlę. (Choć Bóg wcale nie spełnia mojej prośby. ..)
Jedyna zazdrość jaką kiedykolwiek czułam była o aktualnego faceta. Jeśli był mój, miał być tylko mój. Jeśli zwracał uwagę na inne dziewczyny, dawałam mu wolną rękę, ale obserwowałam i ...nie raz kończyłam znajomość. Ale to właściwie nie była zazdrość, bo  partnerstwo musi być idealne. Od złego partnerstwa 100 razy lepsza samotność. A w końcu i tak zawsze jesteśmy samotni, nawet w tłumie.
(Nie rozumiem Plejadan, gdzie prawo pozwala mężczyźnie mieć dwie żony, dwie rodziny, dwa domy. Nigdy nie zgodziłabym się na taki układ.)
I odwrotnie, nawet jeśli spodobałby mi się mężczyzna mający już partnerke, nigdy nie podeszłabym nawet do niego. Jeśli mężczyzna wybrał kobietę, to tylko jakaś bez dumy i honoru będzie próbowała go odbijać.
Spotkałam w moim życiu taką jedną. Cudzy chłopak, mąż dzieciaty, kochanek – nie miało to dla niej znaczenia. Potrafiła się dzielić... Poza tym nie była spostrzegawcza, odkrywała faceta dopiero przez oczy jego partnerki.
Jej występki napełniły mnie wstrętem do wszystkich podobnych jej ludzi (bo są i tacy faceci). Ale też i do tych bezwolnych, którzy jej ulegali. Choć tym ostatnim zależało tylko na przygodzie.
Ludzie sobie przeznaczeni wybiorą tylko siebie i nikt inny nie będzie dla nich istniał.
Dlatego zazdrość o partnera w prawdziwym związku nie powinna zaistnieć. Jeśli jest, to znaczy, że najwyższy czas się rozejść. I to na wszystkie kolejne życia.
Wybaczanie zdrad jest bez sensu i nic nie daje oprócz cierpienia.
Być z kimś za wszelką cenę? Po co?...
__________________________________________
Nie piłam, nie ćpałam. Nawet nie zapaliłam skręta. Nie czułam powołania do narkotyków, choć uczucie po nich jest podobno przedsmakiem śmierci, która jak wiemy jest wybawieniem (?).
Za to papierosy wdychałam przez pięć lat. Zdenerwowana, potrafiłam odpalić naraz całą paczkę. A rano był kac, gorszy od alkoholowego.
Od jednego dnia odstawiłam papierosy, żeby już nigdy nie zapalić. Dlatego nie rozumiem ludzi mających nałogi.
________________________________________
Błękitne łubiny - do dziś uwielbiam ich wygląd i zapach. Pole takich łubinów po raz pierwszy w życiu zobaczyłam w Kartuzach. Ponoć mają trujący (jak konwalie) zapach.
Mając 20-ścia lat wymyśliłam sobie, że jak będę bardzo nieszczęśliwa, połóżę się w takim polu łubinów i zasnę na wieki... Na nieszczęście miałam wtedy sporo, równie durnych pomysłów... (Które moim chłopcom wydawały się szalenie oryginalne... Jeden nawet pojechał do Kartuz, żeby zobaczyć to łubinowe, błękitne pole...)
Ale łubiny zawsze są dla mnie piękne, muszą być jednak tylko w tym błękitno-fioletowym kolorze.
Noooo... to są inne zdjęcia, ale tamtego wspomnienia nie uchwyciłam na fotografii, a to są cudze wspomnienia...
Na zawsze zapisał mi się w pamięci taki obrazek, sprzed 48 lat: piaszczysta droga, skraj lasu i pod nim kwitnące błękitne łubiny. Droga niknie w lesie, zapada zmierzch...
_______________________________________
PERFUMY. W naszym domu w Skierniewicach, na tremie stała półlitrowa, szafirowa szklana butla po perfumach Soir de Paris. Pewnie kiedyś była pełna, po wojnie już pusta. W tym domu właściwie mieszkałam tylko 4 lata, ale sporo z niego pamiętam. Butla była pusta nie wiadomo od ilu lat, a wciąż silnie, słodko pachniała.
Gdy już mieszkałam w zniszczonej i spalonej Warszawie,  na ul. Pańskiej przy dawnym placu Marchlewskiego, w dzielnicy zwanej dzikim zachodem, był targ. Matka często posyłała mnie po śmietanę, owoce, czy warzywa. Czasami po szkole sama lubiłam tam chodzić i oglądać stragany.
Największą atrakcją (oprócz tzw. „pańskiej skórki” – przysmaku, którego przepisu nie znam do dziś) był facet mieszający perfumy. Robił z tego prawdziwie cyrkowe  przedstawienie. Stał na podwyższeniu, na stoliku miał pełno pustych buteleczek po perfumach, na podłodze wielkie butle fryzjerskiej toaletowej wody, w rękach gumową gruszkę-rozpylacz. Bez przerwy gadając mieszał wody toaletowe, wlewając wszystkich zapachów po trochu do jednej buteleczki. Litr takiej wody kosztował 12 zł. Maleńkie buteleczki mieszanki sprzedawał po 5, 6 złotych. Dobrze na tym zarabiał, choć zapach takiej mieszanki musiał być straszliwy. Ale robił to tak fascynująco, że wszystko kupowali. Mogłam godzinę stać i gapić się na niego...
Miałam 8-9 lat, nie było żadnych rozrywek, kino raz w tygodniu. Z chłopakami bawiliśmy się na gruzach w wojnę, więc zapach tych perfum w mojej wyobraźni był niebiański...
Gdy już zdawałam maturę, na rynek rzucono perfumy „Być może”. Nie był to mój zapach, ale idealnie pasował do mojej przyjaciółki, wysokiej, długonogiej jak modelka, blondynki. Ja używałam wtedy perfumy Kankan, które kojarzyły mi się z niespełnieniem.
Moje notesiki z tamtych czasów jeszcze pachną Kankanem...
W latach sześćdziesiątych w kioskach zaczęły się pokazywać zagraniczne magazyny dla kobiet i dziewcząt i tam znalazłam reklamę perfum Imprevu, które wreszcie kupiła mi przyjaciółka za bony w pewexie. Dolary przysyłał  jej czasem ojciec mieszkający w Sydney, którego nigdy w życiu nie poznała osobiście. Za to ja go poznałam, niedługo po naszym przybyciu do Australii. Był najbardziej znanym w Polonii tancerzem towarzyskim i maratończykiem, co roku startującym w maratonie zaczynającym się na moście Habour Bridge.
W Jugosławii odkryłam perfumyTabac, ale to zupełnie inny zapach niż ten znany Tabak  dla mężczyzn. To był wyłącznie jugosłowiański Tabac dla kobiet, w miniaturowych buteleczkach. Pachniał cytrynowo-miodowo, mocno i niepokojąco.
Ale najpiękniej pachniały lawendowe olejki, które na straganach sprzedawały wieśniaczki w Dubrovniku. Nigdy potem nie znalazłam żadnego olejku o tak intensywnym zapachu. Widać lawenda nad Adriatykiem ma swój własny zapach. Suche bukiety lawendy woziłam przez całe granie w Jugosławii, a bukiet zawieszałam nad łóżkiem.
Jak już grałam w enerdowie znalazłam perfumy Astrid. Były takie dla kobiet, a Marian dla mężczyzn. Pachniały cytrynowo i niepokojąco. Polakom nie chcieli sprzedawać, trzymali je pod ladą i musiałam stać tuż za Niemcem, żeby je zdobyć - jeśli sprzedawczyni wyciągała ze skrytki perfumy dla niego, musiała sprzedać także mnie.
W Jugosławii poznaliśmy parę Szwajcarów Polaków - Astrid i Mariana. Ona była chemiczką i robiła także perfumy. Jeździła na zjazdy chemików do wschodniej Europy.
Po latach nie miałam już z nimi kontaktu, ale myśle, że to były perfumy jej kompozycji. Perfumy piękne, ale Marian porzucił Astrid dla młodszej kobiety - samo życie...
W Australii zaczęły mi się podobać męskie perfumy Pier Cardena o piżmowym zapachu i Aramis prawdopodobnie z feromonami, bo przyciąga kobiety. Używał je mój eks, w czasie gdy się rozwodziliśmy. Perfumy lubiłam, ale do eksa mnie nie przyciągnęły. To ja mu wysłałam papiery rozwodowe.
Dziś najlepiej lubię i używam Contradiction Kevina Klaine (zaprzeczenie). Ale coraz trudniej je znaleźć, bo moda na zapachy także mija i wciąż pojawiają się nowe.
Zapachy nieodłącznie wiążą mi się ze zdarzeniami w życiu. Jak przychodzą wspomnienia, czuję ich zapach. Albo odwrotnie: poczuję zapach i napływają wspomnienia...
______________________________________