poniedziałek, stycznia 14, 2008

14 stycznia 2008r. – urodziny Krzysztofa Klenczona. Na Ziemi czas leci...

_________________________________________

WAŻNE TO W KOŃCU, CZY NIE?...
Najwyższa pora na noworoczny raptularz!
Nie z tej przyczyny, że specjalnie celebruję nadejście jakiegokolwiek nowego roku. Ani moment zamiany starego na nowy, ani poranek już w tym nowym, nie robią na mnie żadnego wrażenia. Wszystko jest tak samo jak było. „Nowy” rok to sprawa umowna, człowiek sam powprowadzał jakieś normy i co najśmieszniejsze: trzyma się ich!

Myślę, że jednak jestem nie z tej Ziemi, norm nie uznaję (tylko takie, które zabraniają przestępstw), a czas?... Na Tamtym świecie pojęcie czasu nie istnieje, a lepiej się Tam żyje niż na materialnej Ziemi.
Osobiście na nowy rok nie mam ani nowych nadziei, ani nie czuję się starsza, szczęśliwsza, uwolniona, zdrowsza - ani w ogóle inna, niż 31 grudnia roku poprzedniego. Świat przed i za oknem jest też bez zmian... Ale rozumiem, że ludziom potrzebna jest nadzieja i dlatego się cieszą, gdy coś niby nowego nadchodzi. Niby...

Z noworocznego świętowania podobają mi się jedynie Sylwestry pod gołym niebem. Bale są nudne! Może dlatego, że wiele Sylwestrów grałam, a może dlatego, że w ogóle za dużo grałam na różnych balach. Jakby tak naprędce obliczyć: było około tysiąca pięćset dancingów, które przegrałam i prześpiewałam stojąc na estradzie, a nie skacząc po parkiecie. Cztery pełne lata w jugosłowiańskich hotelach (na szczęście głównie nadmorskich), gdzie grało się CODZIENNIE, często bez jednego wolnego dnia w tygodniu. Potem tak samo w enerdowie, gdyby dodać do tego estradowe chałtury w Polsce (ale to chociaż były koncerty...), potem koncerty i zabawy w Sydney – może wyszłoby nawet więcej niż 1500!

Ale tłumy, rozwrzeszczane, pełne entuzjazmu, szczęśliwe, że coś fajnego się dzieje, skaczące na letnich, czy zimowych ulicach – to sympatyczny widok.
Szczególnie pięknie wita się Nowy Rok w Sydney, na Darling Habour. Sceneria jak z filmu science fiction (kosmiczna!), stary most jak wspomnienie z przeszłości, Opera podobna do białego statku – widma, stojąca na redzie, gładka woda zatoki odbijająca jak lustro wszystkie świetlne efekty - z roku na rok coraz bogatsze!!! No... i chyba najwspanialsze na świecie! - kto nie widział choć raz, pojęcia nie ma, co się wtedy u nas dzieje! Punkt kuluminacyjny następuje, gdy na tle wystrzelonych fajerwerków (na coraz większych połaciach portu!) z mostu spada gigantyczny wodospad sztucznych ogni i to przez dobrych kilka minut! (Może zdobędę fotkę z wodospadem, narazie jej nie mam.) W tym roku, symbolem palącym się na moście była klepsydra – symbol upływającego czasu.

Oglądam potem w dziennikach sprawozdania noworoczne z innych krajów i nigdzie nie wygląda to tak imponująco, jak w Sydney. Szkoda, że kosztuje też imponująco, ale faktem jest, że wielu ludzi to uszczęśliwia, daje nadzieję nie wiadomo na co, a więc?... Może warto tak świętować? I może powinno się tę noc nazywać Świętem Nadziei NA COŚ NOWEGO.

KOLEJNE URODZINY KLENCZONA
Sześćdziesiąte szóste. 14 stycznia, właśnie dziś.

Zmarł 27 lat temu, a jego muzyka wciąż fascynuje. Nie tylko jego rówieśników, ale i młode pokolenie. Oczywiście, to przedwczesna śmierć doprowadziła do powstania jego legendy, ale zasłużyłby na nią także, gdyby żył, bo kompozytorem był wyjątkowym. Nikt w Polsce nie komponował takich arcydziełek jak on, nawet Niemen. Każda jego piosenka miała duszę, może dlatego, że jak sam powiedział w wywiadzie ze Sławomirem Pietrzykowskim: „piosenki biorą się z przeżycia”.

U niego już sama strona muzyczna była głębokim przeżyciem, nawet gdyby nie było słów (zresztą sugerował też treść tekstu), linia melodyczna, harmonia akordów (prosta, ale doskonała!), gitarowe dogrywki, solówki – wszystko to robiło przedziwny nastrój, każdy musiał go doświadczyć – i tworzyło w sumie arcydziełko. Nie do podrobienia. Dlatego trudno jest na nowo tak robić jego piosenki, żeby ich nie zepsuć. „Historii jednej znajomości” np. nie sposób przerobić. Można ją jedynie nuta w nutę odtworzyć.
Pochwalę się: udało mi się jedną jego piosenkę przerobić, a nie stracić! Zrobiłam swój aranż, odmienny, bardziej pełny, jak na wietrze, z niesamowitą solówką gitarową (a kto grał?! - oczywiście Janis Polkas!) Mam na myśli „Muzykę z tamtej strony dnia”. W mojej wersji został ten sam nastrój, choć dodałam inną instrumentalną część. Może dlatego wyszło, bo ja też czuję muzykę z tamtej strony dnia...


Szkoda, że nie zachowałam dobrego technicznie nagrania, a teraz już mi się i grać i śpiewać nie chce... Wersję tej piosenki w języku angielskim nagrała moja córka Selma (sama przetłumaczyła słowa). Prezentowałam piosenkę w tej wersji, w radiu 2000FM. Po polsku śpiewałam ją na moim wieczorze autorskim, a raczej benefisie, w konsulacie RP w Sydney w 2003r.

W Australii mieszka Grzegorz Adrian, basista zespołu Trzy Korony. Zagraliśmy razem kilka koncertów. Ja na dwóch korgach, Grzegorz na gitarze. Oczywiście zrobiliśmy także kilka piosenek Klenczona: „Gdy kiedyś znów” (ja śpiewałam), „Wróćmy na jeziora”, „Port” (Grzegorz śpiewał). Też „Historię...” (ja robiłam solówkę - na korgu!) Jeszcze coś, ale już zapomniałam. Mam gdzieś nagrania tych utworów, ale na taśmie, nie na CD - to było kilkaśnaście lat temu. Szły te nagrania w polonijnych rozgłośniach w Sydney i w Melbourne. Nagrałam też „Retrospekcję” chyba z 16 lat temu, też inaczej, ale nie zmarnowałam nastroju.

W ogóle to jestem ambasadorem Klenczona w Australii. Zrobiłam o nim kilka audycji w radiu SBS, 2000FM, Pol, a nawet, mając jego ostatni wywiad, jakiego udzielił polskiemu radiu, poprawiłam go technicznie, dokleiłam nagrania i szedł kilka lat temu w naszym radiu.
Miał też Klenczon - jako człowiek (nie tylko jako kompozytor) - wyjątkową charyzmę. Przyuważyłam go na samym początku jego kariery, w Niebiesko-Czarnych. Jeszcze nie był doskonały ani w grze na gitarze, ani w śpiewie, śpiewał zresztą tylko drugi głos Niemenowi w piosence „Wiem, że nie wrócisz”, ale już widać było, że to jest „ktoś”. Pamiętam, jak mnie wkurzało, że Janczerski - bardzo cienki - miał solówki, że Ada śpiewała dość marnie - ale solo, a jego głos o wyjątkowej barwie, nie był wykorzystany!

Nie miał szczęścia do muzyków. Nie ma co ukrywać: Czerwone Gitary to był on, gdy odszedł to już nie był to żaden zespół. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... jeśli krzywdzę taką opinią muzyków, ale byłam na koncercie Cz-Gitar w Sydney, grali w trójkę i to był bardzo nudny (muzycznie) koncert. Bas, perkusja - słabiutkie, Seweryn grał głównie akordy. Dobry wokal, ale bez dobrego, solowego instrumentu – nie mogło to brzmieć fascynująco, było zbyt proste... Publiczność szalała, ale dlatego, że słyszała znane przeboje. (Dzisiejsze Cz-Gitary to już zupełnie inny zespół... Podoba mi się.)

Trzy Korony to, niestety, też nie był jakiś nadzwyczajny zespół. Ostatni raz w życiu widziałam Klenczona właśnie z Trzema Koronami, w warszawskim teatrze Buffo. Przyjechałyśmy na zimowy urlop z byłej Jugosławii. To był chyba 1971 rok? Klenczon źle wyglądał. Starał się, ale widać było, że jest nieszczęśliwy. Stracił całą młodzieńczą beztroskę, jaką miał w latach sześćdziesiątych. Nie uśmiechał się, był najwyraźniej zmęczony, zrezygnowany, smutny. Grał bo musiał, nie było w nim tego rozbrykanego szczęścia, które zawsze emanowało z niego, gdy był na estradzie.

Miał jechać do USA. (Grzegorz mówił, że nie chciał jechać i przez dwa lata miał depresję.)
Muzycy byli dla niego za młodzi, za bardzo mieszali, zamiast mu pomagać. Każdy z nich chciał się pokazać, a nie o to szło... Powinien był dobrać dojrzałych muzyków, doskonałych instrumentalistów, wielu takich chętnie by z nim grało. Nie znalazł. Pech? Karma?

Kilka lat później, byłam w Sydney na podobnym koncercie Roy’a Buchanana. Przyjechał z dwudziestolatami, którzy cudowali, hałasowali, ale nie grali, a Roy patrzył się na nich przerażony. Kilka lat potem popełnił samobójstwo. Trudno zrozumieć dlaczego przeznaczenie niszczy tak wielu genialnych artystów...

Na warszawskim koncercie z Trzema Koronami Klenczon też ubrany był bez sensu: na ludowo, w jakiś haftowany kożuszek. Po latach okazało się, że może być jeszcze gorzej! przebrali go za Elvisa. (No to już było świętokradztwo!... Nie do wybaczenia temu, kto go namówił na tak straszliwe poniżenie. Musiała to być ważna dla niego osoba, skoro jej posłuchał. Chyba, że już mu było wszystko jedno...)

Klenczon to był rockman, bluesowiec, balladzista i tylko taki jego image był prawdziwy. Wszystkie inne wersje wymyślał mu ktoś pozbawiony smaku i rozeznania. To był chłopak w pepegach, dżinsach, koszulkach, z papierosem przyklejonym w kąciku ust, nawet trochę na bani. Tylko wtedy był prawdziwy. I to był wspaniały polski chłopak, a nie tandetny Amerykanin.

Błądząc po internecie znalazłam forum o Klenczonie. Kilkaset wpisów. Wszystkie nostalgiczne, pozytywne. Dopisała się wdowa Alicja, że jej bardzo miło, że go pamiętają i to nawet młodzi.... (coś w tym rodzaju). Szkoda, że najbliższa osoba nie ma nic więcej do powiedzenia na jego temat.
Inny wpis informował, że 25 lat po jego śmierci wdowa udostępnia nieznane jego nagrania. Po co było tyle lat czekać? Im później, tym gorzej... I wreszcie będzie całkiem za późno.
Smutne, jeśli cię obcy nie doceniają, ale najsmutniejsze, jeśli najbliższe osoby nie zdają sobie sprawy, że dane im było pod jednym dachem przebywać z kimś wyjątkowym.

TRUDNA DO ZROZUMIENIA PRAWDA
Jeśli ludzie raz zerwą ze sobą, to choć potem schodzą się, ten związek nie ma żadnych szans. Jest to tylko przedłużanie agonii... Ale przeważnie ludzie próbują, bo wierzą w cud uzdrowienia, który niestety, nie spełnia się.

NIGHTS IN WHITE SATIN I MOJE ANIOŁY…
Nagrana została w końcu lat sześćdziesiątych, ale chyba po raz pierwszy usłyszałam ten utwór początkiem lat siedemdziesiątych w byłej Jugosławii. Oni mieli większy dostęp (tzn.całkiem swobodny) do najnowszych płyt zachodnich. Ale być może, że i w Polsce to szło, już powiedzmy w 68 –69 roku. Jedna z najpiękniejszych piosenek świata. Właściwie, The Moody Blues jest zespołem jedynego utworu, bo żadna inna ich kompozycja nie dorównuje „Nocom w białym welonie”.

Grałam i śpiewałam tę piosenkę dopiero w Australii, kiedy już miałam bardzo dobry sprzęt. (Ale tylko gdy miałam na nią nastrój...) Mogłam robić i orkiestrę i solówkę na flecie i akompaniament gitary akustycznej – na korgach. W Jugosławii, na kiepskim sprzęcie (dawne czasy...) byłby to zupełnie inny utwór. (A to właśnie jest utwór, który trzeba odtworzyć nuta w nutę, inaczej zginie...)
No i moje zespoły wtedy miały skład: perkusja, bas, klawisze i gitara. Skrzypaczka też była, ale głównie grała na basie.
Nie było jeszcze instrumentów robiących za całą orkiestrę. Pamiętam jak w 73r. koledzy z zaprzyjaźnionego polskiego zespołu zdobyli płytę faceta grającego na hammondach, z automatycznym rytmem i basem. Był to jeden z pierwszych „człowiek – orkiestra”. Byliśmy zachwyceni, nie podejrzewając co wymyślą (Japończycy głównie) za kilkadziesiąt lat.



Wkleiłam tu, na raptularzu oryginalną wersję tej piosenki, ale z różnych lat – dla porównania. Pierwsza – klasyczna, druga: solista pięknie wygląda, ale miał zły dzień, śpiewa fatalnie, a jest to nagranie z koncertu. Trzecia wersja z lat dwutysięcznych, też koncert, a głos brzmi mu doskonale. I jest to dowód, że wiek nie wpływa na jakość śpiewania.

Justin Hayward na tej środkowej wersji, gdzie źle śpiewa, wygląda jak chłopcy – anioły, którzy zjawiali się niespodziewanie i na krótko w moim życiu, żeby mi pomóc zapomnieć jakąś sercową tragedię. Gdy byłam taka więcej „cierpiąca” zjawiał się podobny do niego smukły blondyn, o prostych włosach sięgających ramion – mój anioł pocieszyciel. Pod jego wpływem rany się zszywały i było ok! Nie wiem jakim cudem, ale tak było.
A wyglądalo to tak: np. ja strrrraszliwie cierpiąca, z rozdartym sercem na estradzie i nagle wchodzi na salę taki blondyn, siada, patrzy, słucha, a po graniu wyciąga na spacer. Na tym spacerze nie dzieje się nic seksualnego (jak by dziś wyobrazili sobie moi czytacze), za to chodzimy, rozmawiamy, śmiejemy się - jakbyśmy znali się sto lat, albo od zawsze. Jeden nawet, gdy nad ranem żegnaliśmy się, zakręcił mnie tak, jak kręci się dziecko „na karuzeli” trzymając je w pasie, choć zawsze byłam wysoką dziewczyną. Z innym tańczyłam w nocy na szosie za miastem jakiś szalony taniec...

Foto Picasa

Po spacerze, to najczęściej ja wyjeżdżałam grać do innej miejscowości albo chłopak wracał na studia, czasem ten sam zjawiał się niespodziewanie w zupełnie innej miejscowości, a czasem to był zupełnie inny blondyn, ale dokładnie w tym typie. Z subtelną twarzą i dobrymi oczami. Śmiem podejrzewać, że mój Anioł Stróż się dematerializował, żeby wyciągnąć mnie z impasu, jak już nie pomagało to, co mi szeptał w podświadomości.
Oczywiście nie jest to żadna fantazja. Każdego z tych blondynów widziały także moje koleżanki oraz chłopcy, z których powodu cierpiałam.
Niestety, gdy cierpiałam przez mężczyznę, z którym musiałam przeżyć potem 24-letnią karmę, blondyn nie zjawił się, tylko śpiewał mi z płyty głosem Justina Haywarda „Nights in white satin”. Nie pomogło, ale bardzo dobrze się słuchało…

Widać i Anioły Stróże nie są w stanie w pewnych momentach odwrócić przeznaczenia...
(O moich Aniołach Stróżach będzie jeszcze przy innej okazji.) W każdym razie od dzieciństwa miałam zakodowany w podświadomości typ chłopca: blondyna z prostymi włosami opadającymi na czoło i szyję. Za to zakochiwałam się w zupełnie innych typach i wcale mi to na dobre nie wychodziło...

Obok wersji tej piosenki w wykonaniu The Moody Blues znalazłam wersję zespołu Il Divo. Bardzo lubię jak operowi wokaliści śpiewają znane przeboje, jeszcze to eksperyment, ale przyjmuje się. Il Divo to czterech pięknych facetów, z pięknymi głosami. Mają też tę zaletę, że śpiewają nie unisono, lecz na cztery głosy.
Ale mogę ich słuchać jedynie jak nic innego nie robię i nie jestem nerwowa, bo gdy cztery wibratka ich głosów zaczynają się przenikać i to jeszcze w forte! czuję się jak przy trzęsieniu ziemi, które poczułam kiedyś w Dalmacji. I jestem wtedy zupełnie zdezorientowana. Podobnie czuję, kiedy patrzę na falę oceanu w błyskawicznym tempie zalewającą mi stopy i odpływającą. Dlatego najbezpieczniej jest słuchać Il Divo leżąc np. na łóżku. I broń Boże nic innego nie należy robić, tylko słuchać - bo choć są niebezpieczni, to śpiewają naprawdę wspaniale.

KORZYŚĆ Z CIERPIENIA
Ten, kto nie potrafi cierpieć jest jak kamienna ściana. Zimna, martwa, głucha, niewidoma. Każde cierpienie wzbogaca duszę, pozwalając docenić wartość życia. Nie należy się wstydzić cierpienia. To zaszczyt. (Choć nie skłamię, że pragnę tych zaszczytów…)

WODA
Kiedyś była najważniejsza w moim życiu.
Uwielbiałam ją w każdej postaci: do picia z bąbelkami i bez, do moczenia się w niej i do patrzenia na nią. Mogła to być kałuża stawu, płytka rzeczka, rwąca rzeka, jezioro, morze i ocean. Mogła to być woda w wannie, z prysznica, nawet miska, byleby było mokro.

Urodziłam się nad rzeką Łupią, którą kończył się nasz ogród.
To w niej najpierw się moczyłam - a potrafiłam siedzieć do zsinienia. Potem była Rawka, w której mało się nie utopiłam, gdy sześcioletnią wciągnął mnie wir. Pamiętam, że gdy szłam na dno, nade mną oddalała się w szybkim tempie jasna plama - odblask słońca. Woda wdzierała się do płuc, ale nie zapamiętałam bólu. Wyciągnął mnie kochaś matki i tę jego zasługę (niewątpliwą zresztą) potem mi całe życie wypominała.

Po rzekach przyszły jeziora na Pojezierzu Drawskim, nad którymi mieszkał tatuś, potem Pojezierze Mazurskie, jezioro w Złotowie, wreszcie Bałtyk i australijskie oceany.

Ale najukochańszy akwedukt to Adriatyk – do niego tęsknię całe życie.
Niestety nie mogłam pozostać tam na zawsze, a nigdzie nie czułam się tak dobrze i szczęśliwie. I nigdy już go nie zobaczę ani w nim nie popływam...

Australijskie oceany są dzikie, wiecznie wieją nad nimi wiatry, spienione fale biją o brzegi - od samego patrzenia kręci się w głowie. Do tego masowo żyją w nich trujące i krwiożercze potwory.
Od 15 lat mieszkam pięć kilometrów od oceanu. Autem jadę tam 5 minut. Ostatni raz byłam na plaży 10 lat temu, w 97 roku. Złamałam wtedy nogę i od tej pory moczę się jedynie pod prysznicem. Nie lubię nawet wanny, bo australijskie są płytkie, a ciepła woda wyciąga siły. Człowiek się zmienia? Czy co się zmienia?...

WEGETA
Tak się nazywa poprawiacz smaku. Wegeta od wegetowania zapewne. Smak jest nieprawdziwy, jak nieprawdziwą jest wegetacja w porównaniu z pełnym życiem. A jednak bez wegety nie potrafię już żyć, tym bardziej, że jestem wegetarianką...

GERANIUM…
...rozsiewa zapach bakteriobójczy i zmniejsza ciśnienie. Listek zwinięty, włożony do ucha na noc, pomaga na szumy w uszach i na zawroty głowy. Nalewka na spirytusie użyta raz na 2-3 dni pomaga na reumatyzm (wcieranie, nie picie!). Naprawdę ładnie pachnie w całym ogrodzie, szczególnie to cytrynowe i wystarczy włożyć zerwaną gałązkę do ziemi, a puści korzenie. A to wcale nie takie proste - zapuścić korzenie... (Wiem coś na ten temat...)

SNY O KSIĄŻKACH
Kiedyś miałam powtarzające się sny. Dziś ciągle śni mi się coś nowego i zadziwiającego.
Do dawniej powracających snów należał sen o książkach. Wędrowałam po nieznanych, czy znanych miastach, w poszukiwaniu bogato zaopatrzonych antykwariatów, w których znajdowały się przecudowne książki, z niewyobrażalnie pięknymi ilustracjami. Książki dla dzieci i dla dorosłych. Oczywiście stawałam się ich właścicielką. Gdy się budziłam, byłam rozczarowana rzeczywistością...

Książek zawsze miałam dużo, w tym też przepiękne, ale w tych snach szło o to, co mnie w życiu omijało. A było tego zbyt wiele...
Sami nie wiemy co nas omija, myślę, że może chociaż po śmierci nam to gdzieś w zaświatach wyjaśnią - dlaczego tak się dzieje? Czy mylimy drogi, czy takie już nasze przeznaczenie?
W każdym razie nic na to nie możemy poradzić. Przekonałam się o tym całym swoim życiem...

Zatem moim serdecznym czytaczom mogę jedynie życzyć, żeby ich zło omijało, a na dobro niech wpadają co chwilę.
I niedługo znów się spotkamy...

Ps. PRZYPADKI?
Nie wierzę w przypadki, wszystko ma jakiś sens. Często go nie rozumiemy albo źle odczytujemy, ale nie zmienia to faktu, że jest zaplanowane. Dziś dzień pochmurny, chłodny, siedzę i robię raptularz o Klenczonie - bo jego urodziny. I nagle dostaję maila od Stowarzyszenia Klenczon, że trafili na Raptularz, (w którym napisałam o sopockich spotkaniach z Klenczonem oraz, że poszukuję filmu "Zagubiona dusza"), maila wraz z piosenką "Przyszła dziś do mnie miłość..."

____________________________________________

Brak komentarzy: